Pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy wpisałem epicstar promo code w wyszukiwarkę. Był wtorek, chyba listopad, deszcz bębnił o parapet tak monotonnie, że aż bolały zęby. Siedziałem w kuchni, przede mną stała niedopita kawa, a w głowie miałem tylko jedno — jak bardzo nie chcę myśleć o tym, co się dzieje w moim życiu. Praca mnie wykańczała, związek się sypał, a rodzina z drugiego miasta dzwoniła tylko po to, żeby zapytać, kiedy wreszcie się ogarnę. Więc wpisałem epicstar promo code, bo gdzieś w internecie ktoś napisał, że dzięki temu kodowi można dostać bonus na start w vavada. Nie planowałem niczego wielkiego. Ot, chciałem na godzinę zniknąć.Zaczęło się niewinnie. Założyłem konto, wpisałem epicstar promo code, dostałem parę darmowych spinów i pomyślałem: dobra, zagram chwilę i zamknę laptopa. Tylko że ta chwila zamieniła się w trzy godziny. Nie dlatego, że wygrywałem — wręcz przeciwnie. Pierwsze dni były koszmarne. Wpłaciłem sto złotych, potem drugie sto, a saldo topniało jak śnieg w marcu. Byłem zły na siebie, bo przecież wiedziałem, jak to się kończy. Ale jednocześnie coś mnie tam trzymało. Nie sama gra. Trzymało mnie to, że kiedy patrzyłem na wirujące bębny, nie myślałem o kłótni z Magdą, nie myślałem o rachunkach, nie myślałem o tym pustym uczuciu, które budziło mnie o trzeciej nad ranem.
Mijały tygodnie. Zaglądałem do vavada coraz częściej, zawsze pod pretekstem, że sprawdzę tylko nowy epicstar promo code, że może tym razem trafi się coś większego. I pewnego wieczoru, kiedy już prawie straciłem nadzieję, trafiłem. Nie jakiś milion, nie jackpot, o którym piszą w gazetach. Ale wygrałem na tyle dużo, że mogłem odetchnąć. Pamiętam, jak siedziałem na podłodze w salonie, laptop na kolanach, a serce waliło mi jak szalone. Śmiałem się sam do siebie, głupio, głośno, jakbym wygrał los na loterii. I wtedy zrozumiałem, że to nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to uczucie, że przez chwilę miałem kontrolę. Że coś w końcu poszło po mojej myśli.
Nie powiem, że od razu wszystko się naprawiło. Nie, skąd. Dalej bywały gorsze dni, dalej zdarzało mi się wpłacać za dużo, dalej czasem łapałem się na tym, że uciekam w ekran, zamiast zmierzyć się z tym, co boli. Ale ta jedna wygrana dała mi coś innego — przerwę. Oddech. Możliwość spojrzenia na swoje życie z boku, bez tego ciągłego napięcia. Zacząłem rozmawiać z Magdą, najpierw nieporadnie, potem coraz szczerzej. Zapisałem się na siłownię, nie dlatego, że chciałem być fit, ale dlatego, że potrzebowałem miejsca, gdzie nie ma ekranu. I powoli, bardzo powoli, przestałem traktować vavada jak jedyne wyjście z sytuacji.
Czasem wracam tam jeszcze. Wpisuję epicstar promo code, siadam wygodnie i gram. Ale to już nie jest ucieczka. To raczej coś w rodzaju starego znajomego, do którego wpadasz na herbatę — miło, spokojnie, bez zobowiązań. Śmieję się z siebie, kiedy coś przegram, i cieszę się, kiedy coś wpadnie. Nie traktuję tego jak ratunku. Traktuję jak rozrywkę. A to chyba najzdrowsze, co mogło mi się przytrafić.
Bo prawda jest taka, że żadna gra nie zastąpi życia. Można się w niej schować na chwilę, można złapać oddech, można nawet coś wygrać. Ale prędzej czy później trzeba wrócić do kuchni, do niedopitej kawy, do rozmowy, która czeka. I dobrze. Bo tam, poza ekranem, też można wygrać. Tylko trzeba dać sobie czas.